Nie pójdę na referendum
17 stycznia 2010 r. w referendum mieszkańcy Łodzi będą oceniali działalność obecnego prezydenta Łodzi. Jerzy Kropiwnicki, który w czasach „Solidarności” walczył o wolność i budował nowy porządek demokratyczny, rządzi naszym miastem od 7 lat i w listopadzie 2010 r. zakończy swoja działalność. Nie pójdę na referendum. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że zmiana władzy na 9 miesięcy przed demokratycznymi wyborami (przypomnę: listopad 2010 r.) jest nieuzasadniona społecznie i ekonomicznie.
Postulowana ewentualna zmiana władzy doprowadzi do:
1. Paraliżu funkcjonowania urzędów i instytucji podległych prezydentowi. Urzędnicy, niepewni jutra, z obawy przed odpowiedzialnością będą wstrzymywać proces podejmowania decyzji. Niektórzy, na wszelki wypadek, pójdą na tzw. chorobowe, bojąc się, że ewentualny komisarz (z PO) na ich miejsce ulokuje „swoich”. Proszę pomyśleć o stratach ekonomicznych (często milionowych, z racji opóźnienia procesu decyzyjnego, z racji niedotrzymania umów itp.) Mało tego – wskutek tego mieszkańcy naszego miasta, często słusznie niezadowoleni z „załatwiania” spraw w urzędzie, teraz częściej odsyłani z kwitkiem, będą jeszcze bardziej neizaodowoleni, a może nawet wściekli.
2. Zatrzymania lub opóźnienia prac projektowych i wykonawczych największej inwestycji w Łodzi, tj. EC1 – centrum kultury i nowego dworca kolejowego. Prace nad tymi projektami trwają od lat i odbywają się z inicjatywy i pod prezydenta Jerzego Kropiwnickiego. Wejście z marszu nowej osoby (komisarza), nieuczestniczącej dotychczas w tak przełomowym i olbrzymim przedsięwzięciu, musi wzbudzić nieufność zagranicznych projektodawców, opóźniać pozyskiwanie europejskich funduszy, a w konsekwencji – zatrzymać postęp prac.
3. Utraty międzynarodowego zaufania do Łodzi, postrzeganej za rządów prezydenta Jerzego Kropiwnickiego jako miasta przyjaznego czterem kulturom, które je zbudowały. dotyczy to tysięcy rodzin – ofiar wojny, ich dzieci, wnuków, rozsianych po całym świecie, o których pamięć – dzięki niemu – nie zginęła. To oni tworzą korzystny wizerunek Łodzi i przyciągają do naszego miasta zagraniczne firmy.
4. Niepotrzebnych kosztów. Środki te z powodzeniem mogłyby być przeznaczone na poprawę warunków mieszkaniowych najuboższych rodzin w Łodzi. Koszty referendum to nie tylko 1 mln zł. To również np. koszty odpraw urzędników (muszą przyjść nowi ludzie – komisarza). To również koszty nowych, przedterminowych wyborów prezydenckich (maj 2010 r.) Oraz – powtarzam – koszty niepodjętych decyzji urzędniczych, zatrzymania wielu robót, zatrzymania w pół drogi podjętych inwestycji.
W tym referendum mamy oceniać i sądzić człowieka, który przecież nie dopuścił się sprzeniewierzania czy korupcji. Podstawą referendum są zarzuty, stawiane przez mieszkańców włodarzom wszystkich miast, a mianowicie – że przede wszystkim miasto boryka się z chaosem komunikacyjnym.
Referendum tego nie rozwiąże – nowa władza w postaci komisarza nie upora się, bo nie będzie w stanie, nawet z małą cząstką tego problemu, bo starą infrastrukturę za pomocą środków europejskich trzeba po prostu przebudować.
Jerzy Kropiwnicki niewątpliwie budzi równe emocje. Można nie lubić prezydenta, można się z nim nie zgadzać, nie podzielać jego poglądów. Jest wymagającym prezydentem czasem trudnym we współpracy, ale jednocześnie upartym , dążącym z pewnością do tego, aby zostawić w naszym mieście swój pozytywny ślad.
Szkoda, że inicjatorzy referendum nie uświadomili sobie, jak wielkie społeczne i ekonomiczne koszty spowoduje postulowana przez nich ewentualna zmiana władzy na 9 miesięcy przed wyborami.
Czy naprawdę nas na to stać?
Ja nie pójdę na referendum. Nie czuję, abym łamała porządek demokratyczny. Swój obowiązek spełnię w październiku 2010 r.

